Dziewczyna znajdowała się na dachu, od samego świtu
obserwowała Arine Velase. Kobieta wydawała się sympatyczną staruszką. Wielu
ludzi obdarowywało ją uśmiechem, czy zwykłym „Dzień dobry”, odpłacała tym
samym.
Wczorajszy dzień Demi spędziła na bardziej przyziemnej obserwacji
jubilerki, wysnuła dokładnie takie same wnioski co dzisiaj. Około południa
dziewczyna powoli zeszła z dachu, poprawiła włosy, wyciągnęła szkicownik i
ruszyła w stronę Jubilera. Weszła do środka ostrożnie, jej twarz przybrała
wyraz lekko zagubiony.
- Halo? – wyszeptała. Nikt nie odpowiedział. – Halo?! –
krzyknęła głośniej.
- Już idę, już idę! – usłyszała z zaplecza. Powiedziane
„już” trwało troszkę dłużej, w tym czasie Demitra zaczęła oglądać wystawioną
biżuterię. Po chwili jej oczom ukazała się Arine z przepraszającym uśmiechem.
- Panienka wybaczy, zwykle nie opuszczam stanowiska, problemy
z kominkiem – dodała staruszka.
- Ależ nic nie szkodzi – Demitra machnęła ręką i uśmiechnęła
się ciepło. W jej głowie zaczął powstawać dokładniejszy plan. Momentalnie
uśmiech stracił blask.
- Cóż to za zawiedziona mina gości na twojej twarzyczce?
Takie młode dziewczęta powinny się stale uśmiechać – Arine zacmokała i
pomachała palcem.
- Widzi Pani, bo jestem tutaj w pewnej sprawie – zaczęła
Dem. Kiedy przeglądała gablotkę z wisiorkami zauważyła jedno puste miejsce, a
pod nim nazwę „Smocze oko”. – Chodzi o pewien wisior.
- Ach tak? W takim razie chętnie pomogę. Dla kogóż miałby
być ten skarb? Zaraz wybierzemy – staruszka ożywiła się jeszcze bardziej, widać
było, że żyje swoją pracą.
- Właśnie w tym problem – dziewczyna westchnęła jakby
zawiedziona, podeszła do Arine i otworzyła szkicownik, oczom staruszki ukazały
się rysunki różnego rodzaju biżuterii, narysowane bez pominięcia jakiegokolwiek
szczegółu.
- Och matulu – kobieta zasłoniła usta z wrażenia. – Przecież
to „Odys”, a to „Rajmund” … - wskazywała palcem konkretne szkice, jej głos był
niezwykle podekscytowany, wymieniła nazwy wszystkich narysowanych i klasnęła w
dłonie. – Co za talent! – uśmiechnęła się szeroko do dziewczyny. – Nie chcesz
mi chyba powiedzieć, że marnujesz się na ulicy? – wzrok staruszki stał się
surowy.
- Gdzie tam, jednak chciałabym wspiąć się wyżej, widzi pani,
ta biżuteria to zadanie. Został mi tylko jeden wisior do narysowania, miała go
Pani w gablocie, jednak widzę, że ktoś go kupił – Demitra wyraźnie posmutniała,
spojrzała błękitnymi oczyma w oczy staruszki. Ta wyraźnie się przejęła i
zacisnęła wargi.
- Poczekaj no, coś na to poradzimy… - kobieta podbiegła do
jednej z szuflad. Tak jest. Dem podniosła głowę z nadal zawiedzioną miną.
- Nie ma co się łudzić, chyba jednak nie wykonam zadania i
znajda kogoś na moje miejsce – dodała.
- Och przestań, może narysujesz inny wisior – kobieta
wyciągnęła kilka pięknych sztuk. Nie, nie, nie… Nie tak to miało być.
- Przykro mi, chodziło o konkretny, powiedziano mi, że każdy
artysta musi umieć dążyć do celu, może gdybym znała kogoś kto ma ten wisior… -
Demitra utkwiła wzrok w podłodze.
- Zaraz, zaraz, a o jaki dokładnie wisior chodzi? – zapytała
staruszka.
- „Smocze oko” – wyszeptała dziewczyna smętnie. Kobieta
ponownie klasnęła w dłonie.
- No przecież! Racja jest piękny, a ja nie pozwolę, aby taki
talent nie miał możliwości go narysować – wykrzyknęła Arine i podbiegła do
innej szuflady. Dziewczyna podniosła na nią pytające spojrzenie. Tak!
Pomyślała, kiedy kobieta zaczęła szperać w jakiś papierach.
- Kron Jensen – staruszka spojrzała na Dem z szerokim
uśmiechem – bardzo przyjemny mężczyzna, na pewno pozwoli Ci narysować ten
wisior.
- Och dziękuję! – Dem podbiegła do kobiety i przytuliła ją
mocno. – Jest pani aniołem! – kobieta zaśmiała się.
- No leć już, leć – wskazała wyjście dziewczynie –
znajdziesz go na bazarze, zawsze gra w kości – dodała kiedy Dem wybiegała z
Jubilera. Dziewczyna wpadła w pierwszy lepszy zakręt i zatrzymała się. Jej
twarz ozdobił zadziorny uśmiech. Wiedziała już gdzie szukać właściciela
sygnetu, wystarczyło poczekać do wieczora i osobiście przejrzeć papiery. Tak
też zrobiła. Siedziała na dachu
sąsiedniego budynku i obserwowała. Arine rzeczywiście nie opuszczała ani na
chwilę stanowiska, chodziła i czyściła swoje małe skarby, Dem wydawało się, że
nawet do nich gada. Pozostawiła ten fakt jednak bez komentarza. Kiedy zrobiło
się wystarczająco ciemno nałożyła maskę i ruszyła na tyły Jubilera. Weszła do
środka przez uchylone okno na zapleczu.
Cały czas poruszała się po ścianach, jej stopa nie dotknęła ani razu podłogi.
Wygrzebała z kieszeni woreczek z ziarnami. Znała je z lasu, ziaren było dosyć
sporo. Dziewczyna cisnęła woreczek w płomienie i szybko schowała się w
najciemniejszym kącie sufitu. Ogień szybko strawił cieniutki worek i zaczął
dobierać się do nasion. Reakcja była zaskakująca, każde ziarenko po uzyskaniu
niewielkiej temperatury zaczęło pękać i skakać w różne strony. Kilka z nich
wyskoczyło poza kominek. Po chwili na zaplecze wpadła zestresowana jubilerka,
chwyciła się za głowę i nie wiedząc co robić zaczęła przydeptywać małe ogniki
na jej podłodze. W tym czasie Demitra zdążyła dostać się do pomieszczenia z
gablotami. Cicho zeskoczyła na blat przy szufladzie z papierami. Otworzyła ją
co chwile nasłuchując czy przekleństwa staruszki nie ustają. Ziarenka nadal
pękały. Dem szybko znalazła kartkę z zapisem „Sygnet Floralys” właściciel:
Pieru Impres, był nawet adres zamieszkania, jednak nagle do uszu dziewczyny
dobiegł męski głos.
- Arine?! – ktoś szarpnął klamkę Jubilera, Dem niczym kot
znalazła się na suficie wisząc do góry nogami, zamknęła oczy i modliła się, aby
obcy nie zauważył ani jej, ani otwartej szuflady. Miała szczęście. Delikatny
dym unoszący się z zaplecza bardziej przykuł uwagę mężczyzny, przeklnął on
siarczyście i ruszył na pomoc kobiecie. Demitra odetchnęła z ulgą. Szybko
wróciła na blat, spojrzała na adres Pieru, zamknęła szufladę i wyszła z
Jubilera oknem, wspinając się na dach. Zdjęła maskę i otarła pot z czoła,
chciała dać sobie pięć minut na wytchnienie, nim ruszy. Położyła się i
spojrzała w niebo.
Tym razem pod jej stopami rozciągał się dach poszukiwanego
Impres’a. Mieszkał na odludziu, co bardzo pasowało Demi. Rozejrzała się po jego
podwórzu i dyskretnie zajrzała do domu. Pieru stał wyraźnie zadowolony i
przeliczał pieniądze, było ich dosyć sporo, obok sakwy leżała karteczka, a na
niej sporą czcionką równie spora cena.
- Szlag by cie… - wypaliła Dem przez zaciśnięte zęby.
Prawdopodobnie sprzedał sygnet. Rozejrzała się jeszcze raz po jego terenie.
Zaczęła działać zupełnie spontanicznie. Na terenie rosły trzy drzewa, a po
podwórzu walały się różne pierdoły. Chwyciła linkę od prania rozwieszoną między
dwoma drzewami, rozerwała ją i zaczęła delikatnie umieszczać kilka przedmiotów
pozbieranych z podwórka, stąpała cicho i delikatnie, aby nie zostawić śladów.
Ostatnim etapem było dostać się na dach, nad wejściem do chaty i mocne
szarpnięcie linki co wywołało potworny hałas. Demitra przyległa do dachu całym
ciałem, usłyszała jak kilka monet leci na ziemię, a po chwili ujrzała
przeklinającego Pieru z bronią palną. Wybiegł zobaczyć co się dzieje.
Dziewczyna wykorzystała moment i weszła do chaty, z sufitu zeskoczyła na stół, przyjrzała
się kartce, miała rację. Sprzedaży dokonano przed piętnastoma minutami. Zanim
właściciel wrócił do domu, Demitry już tam nie było. Kolejne szczęście, nowy
właściciel był zameldowany przy porcie, z którego z rana miał wypływać „Ząb
rekina”. Dziewczyna spojrzała na księżyc, było już późno, coś około drugiej w
nocy, miała trzy godziny do odpływu statku. Znaleźć nowego właściciela sygnetu
nie było ciężko, wystarczyło pojawić się przy porcie, pijany chwalił się łupem
każdej osobie którą napotkał, sygnet miał na palcu.
- Wykiwałem go – zaśmiał się łapiąc Demitre za ramiona. –
Dałem mu o połowę mniej niż jest wart u nas – znowu się zaśmiał i potknął o
własne nogi. Leżał tak w błocie radosny. Demitra wyciągnęła do niego dłoń.
- Panu to już chyba na dziś wystarczy… - mruknęła pod nosem.
Spojrzał na nią. – Może odprowadzę do domu?
- Aniołku gdzie tylko chcesz – jak zaczarowany patrzył w
oczy dziewczyny, po chwili podał jej rękę. Spróbowała przy puszczaniu dłoni
pozbawić go sygnetu, jednak ten kurczowo złapał się za palec.
- Panienka uważa, to nie jest byle co… - wybełkotał i
skarcił ją palcem. Dem pokręciła głową, wzięła pijanego pod ramie i powoli
odprowadziła do siedziby, którą rzekomo zamieszkiwał. Po drodze nasłuchała się
opinii na temat pijanego, że wypił trochę więcej i byle kamień z zatoki wziął
by teraz za diament. Jej to było na rękę, nikt nie wiedział ile warte jest to
cacko. Oczywiście wśród tych wszystkich szeptów najgłośniejszy był sam Pieru,
opowiadał o swoich przygodach, jednak Dem nie bardzo go słuchała. W pewnym
momencie towarzyszowi wędrówki zebrało się na wymioty i podparty głową do ścian
jednej z chat zaczął oddawać się powinności. Dziewczyna westchnęła cicho i
delikatnie dźgnęła palcem mężczyznę. Legł na ziemię i zasnął. Upewniając się,
że nikt ich nie widzi Dem zdjęła mu sygnet i obejrzała dokładnie. Tak, to na
pewno on. Cały czas miała na twarzy maskę. Na ten cały cyrk straciła półtorej
godziny, zostało drugie tyle. Ruszyła w stronę statków. Pierwszy raz była w
porcie i musiała, po prostu musiała zatrzymać się na chwilę. Spojrzała na fale
rozbijające się o brzeg, widok zaparł jej dech w piersiach. Szybko jednak
ocknęła się i ruszyła dalej, szukać statku. Nie sadziła, że będzie miała aż
taki wybór. Statków było na pliczki. „Ząb rekina” powtarzała sobie w myślach,
aż w końcu trafiła na dokładnie taki. Dookoła robiło się coraz jaśniej.
Delikatnie skoczyła na drewnianą konstrukcję statku, wcześniej upewniła się, że
nikt nie kręci się w pobliżu. Kiedy była na pokładzie usłyszała dzwony, nie
wiedziała co się dzieje, wskoczyła na maszt kryjąc się przed kimkolwiek.
- Za pół godziny ruszamy! – krzyknął ktoś i statek zapełnił
się ludźmi, wnosili różne beczki i paczki na pokład.
- Kurwa… - dziewczyna nie mogła się powstrzymać, zdjęła
maskę i wychyliła się lekko.
- Szoruj ten dziób! Ma lśnić! – kolejny krzyk.
- Tak jest kapitanie! – odpowiedział inny głos. Demitra
zgłupiała całkowicie. Jednak teraz w głowie starała się ułożyć plan
przedostania się gdziekolwiek. „Raz kozie śmierć” pomyślała i z krzykiem przebiegła
po maszcie wskakując do wody. Tym razem zgłupiała załoga, wszyscy podbiegli
zobaczyć co lub kto wskoczył do wody. Tym czasem dziewczyna przepłynęła pod
statkiem i weszła na niego z drugiej strony. Woda była inna niż w jej
rodzinnych stronach, strasznie słona. Aby nie zostawić mokrych śladów Dem
unikała kontaktu z pokładem, skradała się po ścianach, zerkała przez bulaje do
środka pomieszczeń, udało jej się odnaleźć kuchnię. Obstawiała, że właśnie tam
znajdzie woreczek z kawą, nie myliła się. Ledwo jednak dostała się do
pomieszczenia pokład znowu huczał. Chwilowe zainteresowanie topielcem
przerodziło się w rozmowy.
- Pewnie jakaś z niespełnionej miłości skoczyła – zaśmiał
się jeden, drugi odpowiedział tym samym. Dem skrzywiła się lekko i pokręciła głową,
nie zwlekając dłużej schowała sygnet do zaznaczonego worka. W tym momencie
otworzyły się drzwi kuchni, było za jasno, aby schować się w ciemnym kącie.
Jedyne co wpadło dziewczynie do głowy to w pół otwarta ogromna beczka,
wskoczyła do niej.
- Ta tutaj panowie, tylko raz, raz, zabiera niepotrzebnie
miejsce – powiedział ktoś grubym głosem i Dem poczuła ruch. Mocny ruch. Ktoś
sapiąc, dysząc i wydając różne tego typu odgłosy przewalił beczkę i zaczął
turlać. Przed oczami dziewczyny wszystko wirowało, resztki jedzenia, które były
w beczce otaczały Dem niczym panierka. W końcu turlanie ustało, a beczka
wróciła do pionu.
Dziewczyna musiała wziąć kilka głębszych wdechów zanim była
cokolwiek dalej zrobić. Po chwili otworzyła delikatnie wieko beczki, pusto. Błyskawicznie
wydostała się z niej i wyskubała jedzenie z włosów i innych zakamarków ciała. Wskoczyła
jeszcze do wody, dla ogólnego opłukania się i powoli, wyczerpana i znużona
wróciła bocznymi uliczkami do siedziby. Marzyła tylko o odpoczynku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz