Informacje:

Wybaczcie, że jestem trochę nieobecny. Życie... ~ Armand

Chwilowo staram się ogarniać bloga, w jakichś mało skomplikowanych sprawach, także przepraszam za opóźnienia! Jeśli ktoś zauważy coś do poprawki to proszę mi to zgłosić, w granicach moich umiejętności będę próbować coś z tym robić. ~ Alicja

~ ~ ~ ~ ~ ~

piątek, 6 czerwca 2014

Sygnet



     Dziewczyna znajdowała się na dachu, od samego świtu obserwowała Arine Velase. Kobieta wydawała się sympatyczną staruszką. Wielu ludzi obdarowywało ją uśmiechem, czy zwykłym „Dzień dobry”, odpłacała tym samym. 
     Wczorajszy dzień Demi spędziła na bardziej przyziemnej obserwacji jubilerki, wysnuła dokładnie takie same wnioski co dzisiaj. Około południa dziewczyna powoli zeszła z dachu, poprawiła włosy, wyciągnęła szkicownik i ruszyła w stronę Jubilera. Weszła do środka ostrożnie, jej twarz przybrała wyraz lekko zagubiony.
- Halo? – wyszeptała. Nikt nie odpowiedział. – Halo?! – krzyknęła głośniej.
- Już idę, już idę! – usłyszała z zaplecza. Powiedziane „już” trwało troszkę dłużej, w tym czasie Demitra zaczęła oglądać wystawioną biżuterię. Po chwili jej oczom ukazała się Arine z przepraszającym uśmiechem.
- Panienka wybaczy, zwykle nie opuszczam stanowiska, problemy z kominkiem – dodała staruszka.
- Ależ nic nie szkodzi – Demitra machnęła ręką i uśmiechnęła się ciepło. W jej głowie zaczął powstawać dokładniejszy plan. Momentalnie uśmiech stracił blask.
- Cóż to za zawiedziona mina gości na twojej twarzyczce? Takie młode dziewczęta powinny się stale uśmiechać – Arine zacmokała i pomachała palcem.
- Widzi Pani, bo jestem tutaj w pewnej sprawie – zaczęła Dem. Kiedy przeglądała gablotkę z wisiorkami zauważyła jedno puste miejsce, a pod nim nazwę „Smocze oko”. – Chodzi o pewien wisior.
- Ach tak? W takim razie chętnie pomogę. Dla kogóż miałby być ten skarb? Zaraz wybierzemy – staruszka ożywiła się jeszcze bardziej, widać było, że żyje swoją pracą.
- Właśnie w tym problem – dziewczyna westchnęła jakby zawiedziona, podeszła do Arine i otworzyła szkicownik, oczom staruszki ukazały się rysunki różnego rodzaju biżuterii, narysowane bez pominięcia jakiegokolwiek szczegółu.
- Och matulu – kobieta zasłoniła usta z wrażenia. – Przecież to „Odys”, a to „Rajmund” … - wskazywała palcem konkretne szkice, jej głos był niezwykle podekscytowany, wymieniła nazwy wszystkich narysowanych i klasnęła w dłonie. – Co za talent! – uśmiechnęła się szeroko do dziewczyny. – Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że marnujesz się na ulicy? – wzrok staruszki stał się surowy.
- Gdzie tam, jednak chciałabym wspiąć się wyżej, widzi pani, ta biżuteria to zadanie. Został mi tylko jeden wisior do narysowania, miała go Pani w gablocie, jednak widzę, że ktoś go kupił – Demitra wyraźnie posmutniała, spojrzała błękitnymi oczyma w oczy staruszki. Ta wyraźnie się przejęła i zacisnęła wargi.
- Poczekaj no, coś na to poradzimy… - kobieta podbiegła do jednej z szuflad. Tak jest. Dem podniosła głowę z nadal zawiedzioną miną.
- Nie ma co się łudzić, chyba jednak nie wykonam zadania i znajda kogoś na moje miejsce – dodała.
- Och przestań, może narysujesz inny wisior – kobieta wyciągnęła kilka pięknych sztuk. Nie, nie, nie… Nie tak to miało być.
- Przykro mi, chodziło o konkretny, powiedziano mi, że każdy artysta musi umieć dążyć do celu, może gdybym znała kogoś kto ma ten wisior… - Demitra utkwiła wzrok w podłodze.
- Zaraz, zaraz, a o jaki dokładnie wisior chodzi? – zapytała staruszka.
- „Smocze oko” – wyszeptała dziewczyna smętnie. Kobieta ponownie klasnęła w dłonie.
- No przecież! Racja jest piękny, a ja nie pozwolę, aby taki talent nie miał możliwości go narysować – wykrzyknęła Arine i podbiegła do innej szuflady. Dziewczyna podniosła na nią pytające spojrzenie. Tak! Pomyślała, kiedy kobieta zaczęła szperać w jakiś papierach.
- Kron Jensen – staruszka spojrzała na Dem z szerokim uśmiechem – bardzo przyjemny mężczyzna, na pewno pozwoli Ci narysować ten wisior.
- Och dziękuję! – Dem podbiegła do kobiety i przytuliła ją mocno. – Jest pani aniołem! – kobieta zaśmiała się.
- No leć już, leć – wskazała wyjście dziewczynie – znajdziesz go na bazarze, zawsze gra w kości – dodała kiedy Dem wybiegała z Jubilera. Dziewczyna wpadła w pierwszy lepszy zakręt i zatrzymała się. Jej twarz ozdobił zadziorny uśmiech. Wiedziała już gdzie szukać właściciela sygnetu, wystarczyło poczekać do wieczora i osobiście przejrzeć papiery. Tak też zrobiła.  Siedziała na dachu sąsiedniego budynku i obserwowała. Arine rzeczywiście nie opuszczała ani na chwilę stanowiska, chodziła i czyściła swoje małe skarby, Dem wydawało się, że nawet do nich gada. Pozostawiła ten fakt jednak bez komentarza. Kiedy zrobiło się wystarczająco ciemno nałożyła maskę i ruszyła na tyły Jubilera. Weszła do środka przez uchylone okno  na zapleczu. Cały czas poruszała się po ścianach, jej stopa nie dotknęła ani razu podłogi. Wygrzebała z kieszeni woreczek z ziarnami. Znała je z lasu, ziaren było dosyć sporo. Dziewczyna cisnęła woreczek w płomienie i szybko schowała się w najciemniejszym kącie sufitu. Ogień szybko strawił cieniutki worek i zaczął dobierać się do nasion. Reakcja była zaskakująca, każde ziarenko po uzyskaniu niewielkiej temperatury zaczęło pękać i skakać w różne strony. Kilka z nich wyskoczyło poza kominek. Po chwili na zaplecze wpadła zestresowana jubilerka, chwyciła się za głowę i nie wiedząc co robić zaczęła przydeptywać małe ogniki na jej podłodze. W tym czasie Demitra zdążyła dostać się do pomieszczenia z gablotami. Cicho zeskoczyła na blat przy szufladzie z papierami. Otworzyła ją co chwile nasłuchując czy przekleństwa staruszki nie ustają. Ziarenka nadal pękały. Dem szybko znalazła kartkę z zapisem „Sygnet Floralys” właściciel: Pieru Impres, był nawet adres zamieszkania, jednak nagle do uszu dziewczyny dobiegł męski głos.
- Arine?! – ktoś szarpnął klamkę Jubilera, Dem niczym kot znalazła się na suficie wisząc do góry nogami, zamknęła oczy i modliła się, aby obcy nie zauważył ani jej, ani otwartej szuflady. Miała szczęście. Delikatny dym unoszący się z zaplecza bardziej przykuł uwagę mężczyzny, przeklnął on siarczyście i ruszył na pomoc kobiecie. Demitra odetchnęła z ulgą. Szybko wróciła na blat, spojrzała na adres Pieru, zamknęła szufladę i wyszła z Jubilera oknem, wspinając się na dach. Zdjęła maskę i otarła pot z czoła, chciała dać sobie pięć minut na wytchnienie, nim ruszy. Położyła się i spojrzała w niebo.

Tym razem pod jej stopami rozciągał się dach poszukiwanego Impres’a. Mieszkał na odludziu, co bardzo pasowało Demi. Rozejrzała się po jego podwórzu i dyskretnie zajrzała do domu. Pieru stał wyraźnie zadowolony i przeliczał pieniądze, było ich dosyć sporo, obok sakwy leżała karteczka, a na niej sporą czcionką równie spora cena.
- Szlag by cie… - wypaliła Dem przez zaciśnięte zęby. Prawdopodobnie sprzedał sygnet. Rozejrzała się jeszcze raz po jego terenie. Zaczęła działać zupełnie spontanicznie. Na terenie rosły trzy drzewa, a po podwórzu walały się różne pierdoły. Chwyciła linkę od prania rozwieszoną między dwoma drzewami, rozerwała ją i zaczęła delikatnie umieszczać kilka przedmiotów pozbieranych z podwórka, stąpała cicho i delikatnie, aby nie zostawić śladów. Ostatnim etapem było dostać się na dach, nad wejściem do chaty i mocne szarpnięcie linki co wywołało potworny hałas. Demitra przyległa do dachu całym ciałem, usłyszała jak kilka monet leci na ziemię, a po chwili ujrzała przeklinającego Pieru z bronią palną. Wybiegł zobaczyć co się dzieje. Dziewczyna wykorzystała moment i weszła do chaty, z sufitu zeskoczyła na stół, przyjrzała się kartce, miała rację. Sprzedaży dokonano przed piętnastoma minutami. Zanim właściciel wrócił do domu, Demitry już tam nie było. Kolejne szczęście, nowy właściciel był zameldowany przy porcie, z którego z rana miał wypływać „Ząb rekina”. Dziewczyna spojrzała na księżyc, było już późno, coś około drugiej w nocy, miała trzy godziny do odpływu statku. Znaleźć nowego właściciela sygnetu nie było ciężko, wystarczyło pojawić się przy porcie, pijany chwalił się łupem każdej osobie którą napotkał, sygnet miał na palcu.
- Wykiwałem go – zaśmiał się łapiąc Demitre za ramiona. – Dałem mu o połowę mniej niż jest wart u nas – znowu się zaśmiał i potknął o własne nogi. Leżał tak w błocie radosny. Demitra wyciągnęła do niego dłoń.
- Panu to już chyba na dziś wystarczy… - mruknęła pod nosem. Spojrzał na nią. – Może odprowadzę do domu?
- Aniołku gdzie tylko chcesz – jak zaczarowany patrzył w oczy dziewczyny, po chwili podał jej rękę. Spróbowała przy puszczaniu dłoni pozbawić go sygnetu, jednak ten kurczowo złapał się za palec.
- Panienka uważa, to nie jest byle co… - wybełkotał i skarcił ją palcem. Dem pokręciła głową, wzięła pijanego pod ramie i powoli odprowadziła do siedziby, którą rzekomo zamieszkiwał. Po drodze nasłuchała się opinii na temat pijanego, że wypił trochę więcej i byle kamień z zatoki wziął by teraz za diament. Jej to było na rękę, nikt nie wiedział ile warte jest to cacko. Oczywiście wśród tych wszystkich szeptów najgłośniejszy był sam Pieru, opowiadał o swoich przygodach, jednak Dem nie bardzo go słuchała. W pewnym momencie towarzyszowi wędrówki zebrało się na wymioty i podparty głową do ścian jednej z chat zaczął oddawać się powinności. Dziewczyna westchnęła cicho i delikatnie dźgnęła palcem mężczyznę. Legł na ziemię i zasnął. Upewniając się, że nikt ich nie widzi Dem zdjęła mu sygnet i obejrzała dokładnie. Tak, to na pewno on. Cały czas miała na twarzy maskę. Na ten cały cyrk straciła półtorej godziny, zostało drugie tyle. Ruszyła w stronę statków. Pierwszy raz była w porcie i musiała, po prostu musiała zatrzymać się na chwilę. Spojrzała na fale rozbijające się o brzeg, widok zaparł jej dech w piersiach. Szybko jednak ocknęła się i ruszyła dalej, szukać statku. Nie sadziła, że będzie miała aż taki wybór. Statków było na pliczki. „Ząb rekina” powtarzała sobie w myślach, aż w końcu trafiła na dokładnie taki. Dookoła robiło się coraz jaśniej. Delikatnie skoczyła na drewnianą konstrukcję statku, wcześniej upewniła się, że nikt nie kręci się w pobliżu. Kiedy była na pokładzie usłyszała dzwony, nie wiedziała co się dzieje, wskoczyła na maszt kryjąc się przed kimkolwiek.
- Za pół godziny ruszamy! – krzyknął ktoś i statek zapełnił się ludźmi, wnosili różne beczki i paczki na pokład.
- Kurwa… - dziewczyna nie mogła się powstrzymać, zdjęła maskę i wychyliła się lekko.
- Szoruj ten dziób! Ma lśnić! – kolejny krzyk.
- Tak jest kapitanie! – odpowiedział inny głos. Demitra zgłupiała całkowicie. Jednak teraz w głowie starała się ułożyć plan przedostania się gdziekolwiek. „Raz kozie śmierć” pomyślała i z krzykiem przebiegła po maszcie wskakując do wody. Tym razem zgłupiała załoga, wszyscy podbiegli zobaczyć co lub kto wskoczył do wody. Tym czasem dziewczyna przepłynęła pod statkiem i weszła na niego z drugiej strony. Woda była inna niż w jej rodzinnych stronach, strasznie słona. Aby nie zostawić mokrych śladów Dem unikała kontaktu z pokładem, skradała się po ścianach, zerkała przez bulaje do środka pomieszczeń, udało jej się odnaleźć kuchnię. Obstawiała, że właśnie tam znajdzie woreczek z kawą, nie myliła się. Ledwo jednak dostała się do pomieszczenia pokład znowu huczał. Chwilowe zainteresowanie topielcem przerodziło się w rozmowy.
- Pewnie jakaś z niespełnionej miłości skoczyła – zaśmiał się jeden, drugi odpowiedział tym samym. Dem skrzywiła się lekko i pokręciła głową, nie zwlekając dłużej schowała sygnet do zaznaczonego worka. W tym momencie otworzyły się drzwi kuchni, było za jasno, aby schować się w ciemnym kącie. Jedyne co wpadło dziewczynie do głowy to w pół otwarta ogromna beczka, wskoczyła do niej.
- Ta tutaj panowie, tylko raz, raz, zabiera niepotrzebnie miejsce – powiedział ktoś grubym głosem i Dem poczuła ruch. Mocny ruch. Ktoś sapiąc, dysząc i wydając różne tego typu odgłosy przewalił beczkę i zaczął turlać. Przed oczami dziewczyny wszystko wirowało, resztki jedzenia, które były w beczce otaczały Dem niczym panierka. W końcu turlanie ustało, a beczka wróciła do pionu. 
     Dziewczyna musiała wziąć kilka głębszych wdechów zanim była cokolwiek dalej zrobić. Po chwili otworzyła delikatnie wieko beczki, pusto. Błyskawicznie wydostała się z niej i wyskubała jedzenie z włosów i innych zakamarków ciała. Wskoczyła jeszcze do wody, dla ogólnego opłukania się i powoli, wyczerpana i znużona wróciła bocznymi uliczkami do siedziby. Marzyła tylko o odpoczynku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz